Psychoterapia – nieudana, ale dlaczego?

Kilka razy wspominałam o tym, że zrezygnowałam z jednej relacji terapeutycznej, bo była nieudana. Jednak nie rozwijałam tego tematu – dlaczego psychoterapia była nieudana? Co sprawiło, że postanowiłam zmienić terapeutę? Jakie teksty nie powinna paść ze strony terapeuty? Czy łatwo było mi zrezygnować z terapii u tego psychoterapeuty?

Tajemnica

Przede wszystkim chciałabym zachować tajemnicę. Nie chcę podawać danych aktualnego psychoterapeuty, ale też nie chcę podawać danych poprzedniego terapeuty. Nie chcę podawać imienia i nazwiska z tego względu, że to był terapeuta w trakcie certyfikacji i są osoby, które są zadowolone z jego pomocy. Widocznie między nami nie było „tego czegoś”, dlatego nasze drogi się rozeszły.

Dlaczego uważam, że to była nieudana psychoterapia?

Nie wiedziałam jak powinna wyglądać psychoterapia, więc trwałam w czymś, co mi totalnie nie pomagało. Co więcej… psychoterapia sprawiała, że czułam się jeszcze gorzej. Wychodziłam z gabinetu i płakałam. Często wracałam do domu roztrzęsiona.

Jestem osobą, która potrzebuje czasu, żeby się otworzyć przed drugim człowiekiem. Przychodząc na terapię potrzebowałam roku, żeby w miarę rozmawiać swobodnie z psychoterapeutą. Różnica jest taka, że aktualny terapeuta był ze mną w tych trudach, wspierał mnie i pomagał się otworzyć – na przykład zadając pytania. Poprzedni terapeuta zaczynał terapię od tego z czym dzisiaj przychodzę. Nie rozumiałam tego. Nie wiedziałam, co mam zrobić z tym pytaniem. Z czym przychodzę? Z wieloma problemami, o których nie chcę rozmawiać. Taka była prawda… Przychodziłam na terapię i miałam totalną pustkę w głowie. Opowiadałam, co robiłam w ostatnich dniach i mieściłam się w 5 minutach. Reszta czasu zazwyczaj była spędzana w ciszy.

Czasami o czymś rozmawialiśmy, ale to zazwyczaj wina spoczywała na mnie, bo ja nie chcę rozmawiać. Słysząc taki komunikat, wychodziłam z gabinetu wściekła na siebie, że jestem beznadziejna, bo nawet rozmawiać nie potrafię.

Po kilku sesjach terapeuta stwierdził, że w moim stanie to powinnam chodzić dwa razy w tygodniu. Zaufałam mu. Tylko po co miałam chodzić dwa razy w tygodniu? I tak siedziałam w ciszy. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile było sesji, na których o czymś rozmawialiśmy, bo przypasował temat.

Czy było łatwo zakończyć relację terapeutyczną?

Nie. Sądziłam, że mu zaufałam i teraz jest mi smutno kończyć tą relację. Teraz jak o tym myślę to chce mi się śmiać. Żal mi było relacji, w której nic się nie zadziało. W żaden sposób mi nie pomógł. Jednocześnie wiem, co było trudne w zakończeniu tej relacji. To, że „utraciłam” osobę w moim życiu. Chodzi o to, że w pewnym momencie przestałam dopuszczać do siebie ludzi, zaczynałam ich odtrącać, bo nie chciałam się zawieść, nie chciałam czuć się porzucona, gdy coś pójdzie nie tak. Tu pojawił się w moim życiu terapeuta, którego do siebie dopuściłam – powiedziałam o swoim dzieciństwie, dorastaniu, aktualnym czasie etc. I nagle miałam to zakończyć. Pojawiła się znowu myśl, że po, co to zrobiłam, skoro wiedziałam, że tak będzie. Znałam już skutek zanim się pojawił – samospełniające się proroctwo.

Co sprawiło, że zrezygnowałam z pomocy u tego terapeuty?

Po rozmowach z zaufanymi mi osobami i spojrzeniu na moją terapię z boku doszliśmy do wniosku, że pewne słowa na terapii nie powinny paść. Postawa terapeuty powinna być inna, a ja powinnam po niej czuć się lepiej, a nie gorzej. To był czas, w którym zaczynałam się zastanawiać nad zmianą terapeuty.

Nie chciałam rezygnować, bo nie chciałam przechodzić na nowo całego procesu – szukanie specjalisty i opowiadanie na nowo o sobie. To mnie przerażało, a bardziej to, że znowu zaryzykuję i co jeśli znowu się nie uda? Nawet sobie myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, bo jak można nie umieć rozmawiać…

Moja głowa to nieustające myśli wokół tego, co może pójść nie tak.

Któregoś dnia byłam na otwartych wykładach, które prowadził aktualny psychoterapeuta. Powiedział, że rezygnuje z bycia wykładowcą i dziękuje za wspólny czas spędzony na różnych wykładach, ale decyduje się poświęcić tylko psychoterapii. Wtedy wiedziałam, że znajdzie się wolne miejsce u niego. Podeszłam, zapytałam i po kilku dniach byłam już na pierwszej konsultacji i zostałam. Od ponad roku czuję się dobrze w gabinecie psychoterapeuty.

Co nie powinno się wydarzyć?

Zdarzało się, że rzeczy, które mówiłam urażały terapeutę. Problem w tym, że nie były to personalne żarty, a zazwyczaj śmiałam się ze stereotypów. Raz rozmawialiśmy o tym, że mężczyzna potrafi się wyłączyć i nie słuchać. Wejść do takiego pustego pudełka i po prostu oddychać i nic więcej. Zaprzeczył, twierdząc, że nie można nie myśleć o niczym. Zapytaj partnera, tatę czy przyjaciela i powie Ci, że można… W każdym razie, po kilku sesjach mi to wypomniał. Stwierdził, że gdy milczymy to ja uważam, że on nie myśli. Totalnie nie zrozumiał mnie i przyjął do siebie, że moim zdaniem on nie myśli, gdy jest cisza. God deim…

Po czasie okazało się, że nie wie czym jest sarkazm i czarny humor. Ta relacja nie miała przyszłości…

Zamiast mnie wspierać to tylko dobijał. Z góry zakładał, że coś mi nie wyjdzie, bo jestem taka i taka. Halo! Przyszłam po pomoc…

Bardzo bałam się pójść do psychiatry. Psychoterapia przyszła mi z trudem, a pójście do psychiatry? Koniec świata – tak myślałam, bo uwierzyłam w stygmatyzację. Terapeuta jednak nakazywał mi pójść do lekarza psychiatry. Znowu mnie nie wsparł, nie porozmawiał ze mną o moich obawach. Po prostu kazał mi iść do lekarza.

Straszył mnie wezwaniem pogotowia. Zgłaszałam myśli samobójcze, ale nie miałam przestrzeni na to, żeby o nich porozmawiać, bo terapeuta od razu chciał wzywać pogotowie. Pamiętam jak powiedział, że jak będę zgłaszać myśli samobójcze to wezwie pogotowie i może być taki dzień, że wrócę do domu, a będą na mnie czekać panowie z pogotowia. Przestałam mówić o myślach samobójczych, bo bałam się szpitala. Po drugie wyobraźcie sobie sytuację, że moi rodzice otwierają drzwi a tam pogotowie, bo ktoś ich wezwał, a mnie nie ma w domu, bo po terapii jechałam do chłopaka.

I na koniec dwa moje ulubione hasła…

Był to psychoterapeuta i seksuolog. Gdy tylko mógł to podkreślał to, że jest seksuologiem i edukatorem seksualnym. Edukacja seksualna w moim życiu nie istniała, tak jak i u wielu osób. Stosunek do cielesności, seksualności na przestrzeni lat został zaburzony, więc no fajnie, że był seksuologiem. Problem w tym, że nie rozmawiało się u mnie na temat seksualności, więc trudno mi było rozmawiać z obcym facetem o seksie. I jego najlepszy tekst w ciągu trzech miesięcy to: „proszę próbować uprawiać seks, bo to jest fajne”. Nie zgłębił tematu, nie zgłębił problemu, ale wyjechał mi z tekstem żeby próbować, bo to jest fajne. No jasne, że może to być zabawa, ale nie każdy ma do tego zdrowy stosunek i nie dla każdego w tym momencie może być to fajne.

A teraz coś, co pojawiało się prawie na każdej sesji: „proszę posiedzieć z tą emocją.” Jaką?! Jestem osobą, która na trudne sytuacje zawsze odpowiadała spokojem, bo nie miałam dostępu do emocji. W różnych sytuacjach nie było tego czynnika emocjonalnego, bo odcięłam się od emocji i czułam pustkę. Do dzisiaj zdarza mi się, że nic nie czuję, ale później te emocje mnie zalewają i jest ciężko. Będąc w różnych sytuacjach zachowywałam się po prostu tak, jak społeczeństwo tego oczekuje. Będąc na pogrzebie, byłam smutna, bo tego wymagała sytuacja. Tak samo na terapii – opowiadałam jakąś sytuację i na pytanie, co czuję odpowiadałam tak jak powinnam się czuć. Po tym dostawałam informację, że mam pobyć z tą emocją.

Jaka ma być psychoterapia?

Ma być Twoja. Nikt mi na początku nie powiedział jak ma to wszystko wyglądać. Jak mam się w niej czuć. Sądziłam, że psychoterapia to czas, w którym będziemy rozmawiać o największych dramatach mojego życia. Bzdura jest miejsce na trudne sytuacje i emocje, ale jest też miejsce na sukcesy i żarty.