Życie jest ciężkie z zaburzeniami psychicznymi

Nie raz słyszałam hasła: „życie jest ciężkie”; „nikt nie obiecywał, że będzie łatwo”; „kto powiedział, że życie jest proste?!” Zmagając się z zaburzeniami psychicznymi, życie jest cholernie trudne… czasami nawet nie do zniesienia. Wydaje się, że jedynym wyjściem jest śmierć.

Żyjemy z takim poczuciem, że życie jest ciężkie.

Próbujemy zaakceptować to, że nam się nie układa w życiu. Gdy mamy problemy ze snem to próbujemy to czymkolwiek wytłumaczyć – zła dieta, stres, obowiązki, mogłabym w kółko wymieniać. Wtedy to życie staje się jeszcze bardziej trudne, bo nasz organizm nie potrafi wypocząć. Wpadamy w błędne koło, znowu. Z błędnego koła trudno jest się wydostać. Wiem, bo wpadam w nie praktycznie codziennie. Z każdym dniem to życie staje się co raz trudniejsze, aż staje się nie do zniesienia.

Tłumaczyłam wszystko hasłem, że życie jest ciężkie

Czekałam, aż samo przejdzie. I samo nie przeszło, bo takie problemy same nie przejdą. Wymagają pomocy specjalisty. Każdego dnia przesuwałam swoją granicę wytrzymałości. Wizytę u specjalisty odkładałam na jutro. Ogólnie, zwrócenie się o pomoc odkładałam na święte nigdy. Nie chciałam pomocy, chciałam być zajebiście silna i sama sobie poradzić.

Moje mechanizmy adaptacyjno-obronne są dzisiaj dla mnie destrukcyjne

Tak sobie świetnie poradziłam, że większość moich mechanizmów, które kiedyś były dla mnie adaptacyjno-obronne dzisiaj są destrukcyjne. Nauczyłam się nie czuć, bo gdybym pozwoliła sobie czuć mając 16 lat pewnie nie chodziłabym do szkoły, bo lęk byłby tak silny, że zacząłby mnie paraliżować. Każdego dnia powtarzałam sobie, że życie jest ciężkie i muszę wstać, iść do szkoły i po 8 godzinach będę mogła z niej wyjść. Na siłę chciałam innym udowodnić, że się mylili, że błędnie mnie oceniają. Mając kilkanaście lat nie wiedziałam jak żyć i kim jestem.

Swoje ja zbudowałam na braku uczuć. Te niestabilne ja zostało zbudowane na braku tych uczuć. Zdobyłam jakąś pozycję w społeczeństwie. „Super, zawsze opanowana”; „też bym chciała tak się niczym nie przejmować”; „nie płacz na pogrzebie, bo ja też zacznę”; „ale jesteś silna”. Zawsze mnie rozpierdalało w środku, ale na zewnątrz musiałam być opanowana. Życie nie jest łatwe – znowu to samo.

Prawdziwy dramat dział się za zamkniętymi drzwiami

Nie umiałam okazywać emocji. Czasami nadal nie potrafię. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie jestem zdolna do odczuwania emocji – trudno, bo życie jest ciężkie. Takie jest moje brzemię. Tego też nauczyłam się w kościele – każdy nosi swój krzyż. Tym bardziej mnie to utwierdzało w haśle, że życie jest ciężkie.

Problem w tym, że nie do końca było tak, że nie odczuwałam nic. Odczuwałam po czasie. Po latach moje emocje mnie zalewały. Najpierw stopniowo, a później przyszło jak fala tsunami i płakałam dniami i nocami. Robiłam to tak, żeby nikt nie widział, bo przecież moje niestabilne ja to ta osoba bez uczuć.

Używki były sposobem na uczucia

Swoje emocje niwelowałam też używkami. Tak było łatwiej, bo przecież była niezła zabawa. Dopóki nie przyszedł moment, w którym te same używki zaczęły pogłębiać moje stany depresyjne. Zaczynałam  płakać, a któregoś dnia chciałam się zabić.

Największe dramaty odbywały się, gdy zamykałam drzwi i gasiłam światło w pokoju. Zostawałam sama i zaczynałam płakać. Sen został zastąpiony przez emocje, a brak snu przez kofeinę. Wytrwałam w ten sposób kilka miesięcy. Wciąż tłumacząc, że życie jest ciężkie, że to wszystko przejdzie. Każdej kolejnej nocy stawałam przed szekspirowskim dylematem – żyć, albo nie żyć.

Wciąż się odcinam od emocji

Gdy tylko wydarzy się coś trudnego to ja się odcinam, czuję pustkę. Brakło miejsc na studia? Pustka. Ktoś mi powiedział coś przykrego? Pustka. Nie chcę czuć, bo to przysparza cierpienia. Problem w tym, że później przychodzi moment, w którym te emocje mnie zalewają i jest to nie do zniesienia.

Gdy ktoś się mnie pyta, co u mnie to raczej odpowiem, że wszystko okej. Bo z większości moich doświadczeń jest tak, że inni nie chcą usłyszeć o moich zaburzeniach snu, myślach samobójczych czy trudnościach w codzienności. Wiem, że są osoby, które to interesuje, ale mój lęk przed brakiem akceptacji i zrozumienia jest tak duży, że wolę powiedzieć, że wszystko jest okej. To wychodzi u mnie z automatu – gdziekolwiek wchodzę to z uśmiechem, ktoś pyta co u mnie to odpowiadam, że jest okej. To jest silniejsze ode mnie, to kolejny mój wypracowany mechanizm.

Nie dawajmy zgody na ciężkie życie

Łatwo jest dać zgodę na to trudne życie. Trudniej jest się temu postawić i wziąć się za te trudności. Kiedyś usłyszałam w jednym z konfesjonałów, że muszę zaakceptować te trudności jakie nam stawia życie, bo jest to krzyż, który niesie każdy człowiek. Usłyszałam to nie raz, od różnych osób i w momencie, gdy czasami już nie wytrzymywałam ze swoim życiem powiedziałam, że nie chcę tego życia. Nie przekonywało mnie zdanie, że każdy z nas ma taki krzyż, jaki potrafi unieść. Jeśli ktoś w to wierzy to spoko – nie mam nic do tego, sama w to wierzyłam przez długi czas.

W pewnym momencie stwierdziłam, że nie chcę nieść żadnego krzyża i nie chcę, żeby to życie było ciężkie. Były to różne momenty. Zarówno te, w których chciałam się poddać, ale zdecydowanie częściej, gdy jestem w gabinecie terapeuty. Czasami o tym zapominam, bo depresja zamazuje mi to racjonalne myślenie. Dlatego potrzebuję wsparcia, pomocy i cierpliwości ze strony innych osób.

„W Pani stanie życie jest ciężkie. Życie bywa trudne, ale w Pani stanie bywa ono nie do zniesienia”

Wspomniałam o tym, że życie jest ciężkie, bo od wczoraj o tym myślę. Powiedziałam swojemu terapeucie, że życie jest ciężkie. Bo nie potrafię sobie z nim poradzić, trudno mi jest nawet podjąć decyzję o pójściu do szpitala, a codzienność mnie przerasta. Psychoterapeuta zostawił mnie z taką myślą, że życie jest ciężkie w moim stanie. Życie bywa trudne, ale w moim stanie ono bywa nie do zniesienia. Zgadzam się z tymi słowami. Zaburzenia psychiczne zniekształcają obraz życia. Wiem, że przeżyłam super chwile w swoim życiu i pewnie czekają mnie jeszcze niejedne. Jednak depresja pokazuje mi tylko aktualny skrawek mojego życia. Tego, w którym sobie nie radzę. Widzę siebie w negatywach, gdy inni patrzą i mówią, że jestem silna, bo każdego dnia rano wstaję i walczę.

Depresja uwypukla wszystko, co negatywne. Czasami skupiam się na tym, czego inni nawet we mnie nie widzą. Fobia społeczna paraliżuje i skupia moje myśli na tym, że się potknęłam lub zająknęłam, czego nikt nie zauważył. Nieprawidłowo kształtująca się osobowość targa moimi emocjami. To tylko skrawek tego, jak mam zaburzone patrzenie i myślenie.

TW: samookaleczanie

Racjonalne myślenie vs. zaburzone myślenie

Nie raz dostawałam pytanie po co się tnę. Czasami to trudne życie staje się nie do zniesienia i zaburzone myślenie wygrywa nad racjonalnym myśleniem. Wiem i rozumiem, że samookaleczanie się nie jest konstruktywnym radzeniem sobie z emocjami. Tak samo jak wiem i rozumiem, że używki mi szkodzą. Problem w tym, że często mierzę się z takim poczuciem w swojej głowie, że muszę. Muszę się pociąć, poczuć ból, upić się, zjarać się, muszę umrzeć. Zmagam się z tym każdego dnia bardziej lub mniej. Tak, to właśnie ta skłonność do acting-outów, o których kiedyś wspomniałam. Mam skłonności do odreagowywania trudnych emocji w sposób destruktywny dla mnie.

To dlatego, zanim ocenisz kogoś, bo ma blizny, albo skomentujesz jego długi rękaw, gdy Ty masz ubrany t-shirt przemyśl czy na pewno chcesz to powiedzieć. Czasami jest tak, że przegrywam, bo ile dni można walczyć?! Czasami rany i blizny to oznaka wygranej walki, tej walki między życiem a śmiercią.